Patrick Laine
Patrick Laine, źródło: https://www.youtube.com/watch?v=OFB4Ap9k72A

Pierwszy miesiąc nowego sezonu NHL upływa pod znakiem dużej liczby strzelanych goli. Zastanówmy się, co ma na to wpływ i czy taki stan rzeczy ma szansę się utrzymać?

Według hockey-reference.com ligowe ekipy notują jak na razie średnią 3.05 gola na mecz. Gdyby ta statystyka utrzymała się do samego końca sezonu zasadniczego, byłby to pierwszy taki przypadek od sezonu 2005/06, kiedy to średnia ta przekroczyła magiczną liczbę trzy jeden jedyny raz w tym tysiącleciu. Ekipy chętnie wymieniają się bramkami, mamy też sporo przypadków gdy np. dwubramkowe prowadzenie jednej z drużyn rozpływa się jak śnieg po słonecznej stronie wzgórza. Z pewnością jest to dobra wiadomość dla kibiców tej pięknej dyscypliny, także w naszym kraju. Od niedawna mecze znów są pokazywane w telewizji, a nic tak nie przyciągnie nowych fanów jak atrakcyjne, pełne zwrotów akcji spotkania. Władz ligi także to pewnie nie martwi, przecież będące cały czas w toku prace nad nowym ekwipunkiem bramkarskim miały się do tego przyczynić. Póki co wszystko jest po staremu, skąd więc większa liczba zdobywanych bramek?

Szturmująca młodzież

W nowym sezonie na lodzie pokazało się już prawie siedemdziesięciu pierwszoroczniaków. To ponad 10% wszystkich zawodników. Każdy chce brać przykład z najlepszych, mistrzowska ekipa Pittsburgh Penguins zaimponowała wszystkim szybkością rozgrywania swoich akcji, której nie byłoby bez widocznego pierwiastka młodych, mniej znanych graczy. Przebojowi młodzieńcy na niskich kontraktach wstępnych, często w wieku juniorskim, stają się zresztą niezbędnym elementem każdej drużyny, gdy ogląda się każdego wydawanego dolara i trzeba się zmieścić pod czapką płac. Auston Matthews i Mitch Marner w Toronto, Sebastian Aho w Carolinie, czy też Zach Werenski w Columbus gwarantują kreatywną grę do przodu i wysokie tempo rozgrywanych akcji. Jednak każdy kij ma dwa końce. Młodzi, niedoświadczeni gracze popełniają błędy, a te także prowadzą do kolejnych bramek, tyle że w drugą stronę.

Puchar Świata

Co by nie mówić, te rozgrywki pomogły szybciej wejść w sezon ligowym gwiazdom. W końcu już we wrześniu mieliśmy mecze o stawkę, które przyczyniły się do nabrania rozpędu przez przynajmniej niektóre z czołowych postaci. Wystarczy popatrzeć na początek takich graczy jak choćby Brad Marchand, Brent Burns, Auston Matthews czy Connor McDavid.

Bramkarze z problemami

Gwiazdy na tej pozycji od samego początku mają swoje problemy. Jonathan Quick z Los Angeles Kings doznał kontuzji, która wycofała go z akcji meczowej na dłużej. Carey Price, który wreszcie miał być zdrowy, pauzował z powodu choroby, a Brian Elliott, który miał być solidnym fundamentem w Calgary, zupełnie nie może się odnaleźć. Do tego dalecy do swojej formy z ostatniej kampanii są póki co Ben Bishop z Tampa Bay Lightning i Martin Jones z San Jose Sharks. Dotychczasowa średnia udanych interwencji – 90,3%, to sporo poniżej tej zeszłorocznej – 91,5%.

Więcej gier w przewadze

Zespoły notują średnio 3.72 szansy gry w przewadze na mecz, znacznie więcej niż 3.11 sprzed roku i rekordowo dużo na przestrzeni ostatnich siedmiu lat. Czy to nowe wytyczne dla sędziów, którzy pozwalają na mniej? Zobaczymy co będzie działo się z tą statystyką w kolejnych miesiącach zmagań.

To anomalia

Nie ma się co oszukiwać, sezon dopiero się zaczął. Z powodu Pucharu Świata czasu na potrenowanie w pełnych składach było znacznie mniej, a kalendarz rozgrywek jest teraz bardziej skondensowany i wymagający. Nie wszyscy znaleźli jeszcze swój rytm, należy się spodziewać, że poszczególne defensywy się zacieśnią, bramkarze będą lepsi, a średnia bramek powróci do przedziału 2.71 – 2.75 z ostatnich lat. Jako przykład czegoś, co trudno wytłumaczyć, możemy podać Chicago Blackhawks i ich oszałamiające 42.9% skuteczności bronienia liczebnych osłabień. Popatrzmy też na tabelę strzelców. W czołówce nie tylko potrzebująca wyszumieć się młodzież, ale także tacy gracze jak Richard Panik, Lee Stempniak czy Darren Helm. Życzę im wszystkim jak najlepiej, ale nie sądzę, by długo utrzymali się na swoich dotychczasowych miejscach.

PODZIEL SIĘ
Poprzedni artykułSanocki wirus
Następny artykułZaczynamy Movember!
Michał Radzicki
W hokeju na lodzie zakochałem się podczas turnieju olimpijskiego w Nagano 98. Od tamtego czasu trzymam kciuki za reprezentację Finlandii. Poza tym kibicuję także Anaheim Ducks i Jokeritowi Helsinki.