Jeżeli są jeszcze na tym świecie ludzie, dla których hokej nie jest dyscypliną numer 1, koniecznie pokażcie im siedem spotkań finałowych Konferencji Zachodniej NHL w sezonie 2013/14. Jeżeli sezon w NHL to Mount Everest poziomu gry, to seria pomiędzy Chicago Blackhawks a Los Angeles Kings odbyła się w kosmosie. Siedem spotkań, dwie dogrywki, 52 gole – kwintesencja hokeja na lodzie.

Gdy zawodnicy z Chicago doprowadzili do stanu 3-3 w rywalizacji z ekipą z „Miasta Aniołów”, na Twitterze napisałem:

Skąd te słowa? Każdy z tych trzech zawodników, przed rozpoczęciem ostatniego meczu z Chicago, miał bilans 6-0 w spotkaniach decydujących o awansie do kolejnych rund walki o Puchar Stanleya. Od kilkunastu godzin, mogą pochwalić się bilansem 7-0. Szczególną uwagę należy zwrócić na Justina Williamsa, któremu media za oceanem nadały przydomek „Mr Game 7”. Trudno się temu dziwić – w meczach gdy nie ma już żadnego marginesu błędu, Willams zdobył siedem goli i zanotował siedem asyst. Facet po prostu wie kiedy trzeba zagrać na 200% możliwości – szacunek.

Podziwiam takich zawodników – dla nich mecz rozpoczyna się już kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Zawsze ten sam rytuał, zawsze gigantyczne skupienie. Czasem mam wrażenie (choć wiem, że brzmi to bardzo głupio), iż gracze tacy jak Williams rozgrywają dwa spotkania – jedno w swojej głowie, przed rozpoczęciem meczu, kolejne już na tafli zmagając się z rywalem. Zobaczcie jak mocno skupiony był Williams przed meczem z Blackhawks, zero reakcji na żarty Willy Mitchella.

williamsmitchell

Justin Williams choć nie jest zawodnikiem z pierwszych stron gazet, symbolizuje to co w hokeju jest najpiękniejsze – walkę, poświęcenie, koncentrację, wznoszenie się na wyższy poziom. Kawał zawodnika, bez dwóch zdań. Jeśli jesteśmy już przy Williamsie, to w ramach ciekawostki trzeba zaznaczyć że on, Anze Kopitar, Wiaczesław Wojnow i Mike Richards to jedyni gracze, którzy w tym sezonie rozegrali wszystkie mecze w barwach Kings. A są to uwaga, 103 spotkania. Przed nimi jeszcze minimum cztery. Z drugiej strony, wydaje mi się że fani Los Angeles Kings nie mieliby nic przeciwko temu, żeby finałowa rywalizacja trwała siedem spotkań. Z wiadomych względów.

Wielki finał sezonu 2013/14, to batalia pomiędzy przedstawicielami dwóch, chyba najbardziej znanych amerykańskich miast – Nowy Jork i Los Angeles. Szefowie NHL zacierają ręce z radości – dochody dla ligi będą gigantyczne. Jesli o pieniądzach mowa, bilety na spotkania finałowe w Madison Square Garden kosztują na czarnym rynku od 5000 pln w górę. Przynajmniej takie „plotki” krążą po sieci. Nie wydaje mi się, żeby odbiegały zbytnio od prawdy. Pewnym natomiast jest, że czeka nas mnóstwo świetnej walki pomiędzy drużynami z NY i LA, mam jednak dziwne wrażenie, że ten prawdziwy finał jest już za nami…