Nashville Predators, Chicago Blackhawks
Źródło: YouTube

Słońce wschodzi na wschodzie, Usain Bolt biega najszybciej na świecie, Ellen DeGeneres nie zaprasza do swojego programu ludzi pokroju Łukasza Jakóbiaka, a Chicago Blackhawks wygrywają z Nashville Predators. Tak już ułożony jest ten świat.

A jednak Drapieżcy nie specjalnie starali się uniknąć Jastrzębi w pierwszej rundzie play-off. Jak tylko zapewnili sobie miejsce w ósemce, Peter Laviolette zaczął eksperymentować ze składem. Dał odpocząć kluczowym zawodnikom, a do składu weszli gracze, którzy albo długo nie widzieli się z lodowiskami NHL (Brad Hunt, Miikka Salomaki) albo niewiele dobrego z ich gry wynikało (PA Parenteau, Harry Zolnierczyk). W efekcie nie udało się dźwignąć z ósmego miejsca w konferencji, o czym przesądził gol stracony podczas gry w przewadze, na 45 sekund przed końcem meczu z Winnipeg Jets.

Zawodnicy Nashville podkreślają, że Blackhawks nie robią na nich wrażenia, że w końcu celem jest zdobycie Pucharu Stanleya i trzeba ogrywać tych najmocniejszych. Przypominają serię z Detroit Red Wings z 2012 roku, gdy wreszcie dopadli rywali długo będących poza zasięgiem. Do tego dochodzi argument krótszych podróży niż w ubiegłym roku, gdy 7-meczowa seria z Anaheim mocno zużyła fizycznie ekipę Petera Laviolette’a.

A jak realnie wygląda rozkład sił w tej parze? Predators mogą straszyć dynamiczną, wreszcie zdrową i zgraną obroną. Tak mobilni, świetni w szybkim ataku defensorzy (łącznie 181 punktów w sezonie, najwięcej w lidze) to prawdziwy skarb w dzisiejszej NHL i można zrozumieć Davida Polie’a, dlaczego nie chciał poświęcać żadnego z nich, by pozyskać np. Matta Duchene’a. Zwłaszcza, że klub wreszcie ma kim straszyć w ofensywie. Pierwszy atak z Ryanem Johansenem, Filipem Forsbergiem i Viktorem Arvidssonem to kreatywna i skuteczna grupa, gwarantująca solidną porcję punktów. Sensacją jest zwłaszcza 24-letni Arvidsson, który zdobył aż 31 bramek, na lodzie zawsze zostawia najwięcej zdrowia i na każdą zmianę wyjeżdża jakby to miała być jego ostatnia.

Po drugiej stronie mamy grupę najbardziej doświadczonych i zwycięskich zawodników w najnowszej historii NHL. Choć w poprzednich latach Blackhawks stracili m.in. Patricka Sharpa, Brandona Saada, Andrew Shawa, Teuvo Teravainena, choć permanentnie flirtują z górną granicą czapki płac, choć rzadko ostatnio wybierają w I rundzie draftu to jednak Stan Bowman wciąż jakoś potrafi wyczarować tanich graczy, którzy szybko dorastają do mistrzowskiego poziomu.

Idealnym przykładem jest wygrzebany z KHL Artemij Panarin, który z Patrickiem Kane’em stworzył atak praktycznie nie do zatrzymania. W pierwszych dwóch sezonach w NHL Rosjanin punktuje na poziomie 0,93 pkt na mecz. W tym czasie Kane notuje średnią 1,19. Drugiego tak skutecznego duetu w lidze nie ma (dla porównania Jamie Benn i Tyler Seguin odpowiednio 0,99 i 0,94). Za ich plecami świetnie spisuje się grupa młodych, wszechstronnych zawodników, umiejętnie zestawiona z weteranami – Marianem Hossą czy Jonathanem Toewsem, co sprawnie niweluje ich brak doświadczenia. Liderzy na pewno swoje w tej serii strzelą, ale kto wie czy kluczowej roli nie odegra trzecia linia Jastrzębi z Marcusem Krugerem, wspomnianym Hossą i Ryanem Hartmanem, który pierwszy pełny sezon w NHL zakończył z 19 golami, wbijając po drodze hat-tricka w meczu z Predators. Zanim więc Roman Josi czy PK Subban ruszą do ofensywy, będą musieli zostawić sporo sił pod własną bramką.

Ciekawy będzie pojedynek bramkarzy. Na tle gwiazd Chicago Corey Crawford często jest niedoceniany, ale to bramkarz, który rzadko zawodzi, gdy drużyna go potrzebuje. Co prawda w 2015 roku Predators strzelili mu 9 bramek w dwóch pierwszych meczach, ale Kanadyjczyk wrócił do bramki i pomógł zdobyć Puchar Stanleya. Z kolei Pekka Rinne ma już prawie 35 lat i sporo poważnych kontuzji za sobą. Ostatnio znów zaczął bronić na wysokim poziomie, zrównując się skutecznością z Crawfordem (obaj 0,918). Jeśli Predators chcą być w play-off czymś więcej niż przystawką dla zwycięzców Konferencji Zachodniej, potrzebują kilku wybitnych meczów Rinne, takich jak choćby spotkanie nr 7 z Anaheim w ubiegłym roku, gdy zatrzymał 36 z 37 strzałów.

Mecze między tymi drużynami w obecnym sezonie były bardzo wyrównane, ale też dobrze oddały różnice między nimi. Nashville długimi minutami przesiadywali pod bramką Blackhawks, ale często nie umieli przekuć przewagi na bramkę. Chicago potrafiło przyspieszyć w odpowiednim momencie, wyczuwając słabość i chwilowe rozkojarzenie rywala. I właśnie te chwilowe przerwy w dostawie prądu, ten brak regularności kosztowały Drapieżców sporo punktów, a w konsekwencji niską pozycję w play-off. W walce o Puchar Stanleya każdy taki moment zostanie brutalnie wykorzystany przez liderów Hawks. Kane, Toews, Keith czy Hossa jak już poczują krew to doprowadzą sprawy do końca.

W Tennessee lubią mówić o „wielkiej rywalizacji” z Chicago. Ale rywalizacja zakłada pewną równowagę, wydzieranie sobie triumfów. A w ostatnich 20 meczach tych drużyn aż 14 razy wygrywali Blackhawks. W dwóch starciach play-off (2010 i 2015) też wygrywali Blackhawks. Na takie zjawisko mamy inne określenie i znajdziemy je w słowniku pod literką D jak Dominacja.

Każda passa kiedyś się jednak kończy. Leonardo DiCaprio wreszcie zdobył Oscara za rolę pierwszoplanową, polski klub w wreszcie zagrał w piłkarskiej Lidze Mistrzów. Predators też kiedyś w końcu uporają się z Blackhawks i wtedy będzie można mówić o początku prawdziwej rywalizacji. Dokonanie tego w najbliższej serii byłoby sensacją, ale też przełomem w historii drużyny z Tennessee.