Linus Omark
źródło: https://www.youtube.com/watch?v=3Ch_r2nYcR4

Na YouTube filmiki z jego akcjami mają setki tysięcy wyświetleń, na jednym zdobywa gola strzelając między swoimi nogami, na innym wykonuje rzut karny, powolutku najeżdżając na bramkę i przerzucając krążek nad bramkarzem w sposób iście cyrkowy. Dlaczego jego nietuzinkowe umiejętności nie przełożyły się na sukcesy w najlepszej lidze świata, NHL?

29-letni Szwed nie lubi jak wiąże się go wyłącznie z efektownymi sztuczkami. Lubi myśleć o sobie jako o hokeiście ofensywnym, skutecznym przede wszystkim w kreowaniu gry dla swoich kolegów. Rzeczywiście, trudno mu odmówić efektywności. Wszędzie tam, gdzie grał, nie licząc NHL, był czołową postacią, na której opierała się gra ofensywna jego zespołu. Trzeba Omarkowi przyznać, że po dwóch nieudanych szturmach na NHL-owe bramy swoją karierę na lodowiskach europejskich odbudował błyskawicznie. Ostatni sezon to jeszcze jeden spektakularny show szwedzkiego magika. Jego Saławat Jułajew Ufa uplasował się w czołówce wschodniej części ligi, a on sam w klasyfikacji najskuteczniejszych obcokrajowców w lidze ustąpił tylko naturalizowanemu Kazachowi Brandonowi Bochenskiemu z Barysa Astana, popisując się m.in. takimi zagraniami jak to poniżej. Tylko za oceanem się nie udało. Varför herr Omark?

https://www.youtube.com/watch?v=sPUTkOye80o

Złe miejsce, zły czas

Buy NHL Apparel & Gear at The Official Online Store of the NHL

Sam Linus powiedziałby pewnie, że to skomplikowane, ale że ludzką naturą jest szukanie winnych przede wszystkich wokół siebie, zacznijmy od czynników zewnętrznych. Traf chciał, że prawa do 23-letniego wówczas gracza mieli Edmonton Oilers, którzy kilka lat wcześniej wybrali go w czwartej rundzie draftu. Ci sami, pełni problemów Edmonton Oilers, którzy z dna nie mogą dźwignąć się po dziś dzień. Omark trafił do ekipy z Alberty właśnie wtedy, gdy rozpoczynała się ich trzyletnia seria wyborów z numerem 1 draftu. Wymarzona sytuacja żeby się pokazać? Niekoniecznie. W drużynie było wielu młodych, mniejszych gabarytowo graczy, którzy w większość wieczorów nie byli w stanie podjąć walki z rywalami. Omark, który też jest graczem tego typu i po prostu potrzebuje pokaźnej dawki minut i czasu przy liczebnych przewagach, żeby być efektywnym, po swojej pierwszej przygodzie z NHL obiecywał sobie wiele. Trafił tam po wybornym sezonie w brawach stołecznego Dynama i głośno było o jego efektownych popisach. Realia okazały się inne, bo przyszło mu zacząć od gry w filialnej AHL, czyli czymś, czego nie do końca się spodziewał i czymś, na co większość europejskich hokeistów z pewnym dorobkiem zbyt wielkiej ochoty nie ma. Koniec końców jego przygoda z Edmonton została zapamiętana niemal wyłącznie za sprawą jednego błyskotliwego karnego, po którym zresztą oberwało mu się z różnych stron, że jakoby nie okazał wymaganego szacunku swoim przeciwnikom. Czasem trafia się do ekipy, do której się nie pasuje, czasem trafia się gdzieś w mało sprzyjającym momencie. W tym wypadku obydwa te czynniki zbiegły się ze sobą w czasie. W grudniu 2013, po tym jak Szwed zaliczył dobry sezon w Szwajcarii Oilers wymienili go, zapewne przy obopólnym uczuciu ulgi. Tyle, źe już po dwóch miesiącach Szwed przekonał się, że była to podróż z deszczu pod rynnę. W równie słabych, szukających tożsamości Buffalo Sabres, prowadzonych przez wymagającego Teda Nolana Omark w zasadzie nie zaistniał. Łatka została mu przyklejona, nikt lepszy go już nie zechciał i trzeba było salwować się ucieczką do KHL poprzez rodzimą ekipę Lulea ze szwedzkiej SEL. To prawda, że są gracze, którzy do NHL nie pasują, a ich gra jest bardziej spasowana do hokeja europejskiego, ale przecież współczesna NHL się zmienia. Nie można powiedzieć, że nie ma w niej miejsca dla kreatywnych graczy o charakterystyce gry Szweda. Ja oglądając go w akcji wielokrotnie nie odważę się napisać, że on do NHL się nie nadaje, po prostu znalazł się w niewłaściwych ekipach, w niewłaściwym czasie. To na pewno jeden z powodów dlaczego mu się nie udało. Gdzieś w innych warunkach, w odpowiedniej sytuacji mógłby być skuteczny.

Własne demony

Sam Linus wydaje się mieć bardzo skomplikowaną osobowość. Poprzedniego lata udzielił szczerego wywiadu w szwedzkiej prasie, w którym przyznał się do nękających go regularnie problemów z psychiką. Z pomocą specjalisty poukładał swoje życie zawodowego hokeisty na nowo, a nie jest ono łatwe. Presja oczekiwań, nie zawsze pozytywne artykuły w prasie, ciągłe życie na walizkach. Do tego strach przed lataniem, który jak przyznał nasilił się w nim mocno po pamiętnej tragedii hokeistów Łokomotiwu Jarosław i objawy hipochondrii, które wzrastają gdy coś mocniej zaboli, gdy coś jest nie tak. Taki gracz szczególnie mocno potrzebuje wsparcia od kolegów, trenera, klubowych działaczy. Demony czające się w jego własnej głowie na pewno nie pomogły mu w zrobieniu kariery za oceanem. Ciekawe, że Omark tak szybko i dobrze zaaklimatyzował się w dalekiej Baszkirii, gdzie ładnych parę lat temu na wpędzającą w depresję samotność i wyalienowanie skarżył się Norweg Patrick Thoresen. Na szczęście dla Linusa w Ufie zebrała się fajna fińsko-szwedzka paczka obcokrajowców, która w niezmienionym składzie została w klubie na kolejny sezon. Jest w niej m.in. Teemu Hartikainen, kolega z jednej formacji Omarka jeszcze z czasów gry na farmie Edmonton Oilers.

https://www.youtube.com/watch?v=N7rKG40bx68

Cóż, Linus Omark jest więc tylko i aż gwiazdą KHL, którą warto podziwiać w akcji i za którą, w świetle jego problemów, warto trzymać kciuki. W nowym sezonie na pewno odpali kolejne fajerwerki na miarę tego płonącego kija z ostatniego meczu gwiazd najlepszej ligi w Europie. Korzystając z faktu, że NHL nie wznowiła jeszcze swoich rozgrywek zachęcam was do obejrzenia jakiegoś meczu Saławatu i sprawdzenia jak się ma ten szwedzki magik.