Rickard Rakell, Hampus Lindholm, Anaheim Ducks
Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=1aZ7fp23MqA

Anaheim Ducks rozpoczęli przygotowania do nowego sezonu, a Hampus Lindholm i Rickard Rakell pozostają nadal bez kontraktów, co jest bardzo złą wiadomością dla wszystkich, którym zależy na dobrych wynikach organizacji z Orange County.

Od dawna było wiadomo, że to nie będzie łatwe lato dla menedżera Boba Murray’a. Głównie z racji dużej liczby młodych graczy o statusie zastrzeżonego wolnego strzelca (RFA), którym skończyły się dotychczasowe kontrakty. Część roboty – podpisanie nowej sensownej umowy z kluczową postacią podczas liczebnych przewag, obrońcą Sami Vatanenem oraz w moim odczuciu dość zręczne rozwiązanie sytuacji w bramce – udało się wykonać wcześniej. Nowe umowy dla dwóch młodych Szwedów zostały na koniec, także z racji tego, że żadnemu z nich nie przysługiwało prawo do arbitrażu. Czas kurczy się jednak jak góralski sweterek po praniu, wszyscy świetnie to wiemy. Lato zleciało, trzeba otwierać obóz przygotowawczy, jest nowy trener, nowy system, nowe wymagania, a Lindholma i Rakella nie ma. Oczywiście trwa jeszcze Puchar Świata w Toronto, więc w każdej ekipie brakuje kilku czołowych postaci, ale gdy on się zakończy każdy stracony dzień będzie bolał, a co gorsza ten szwedzki impas wiąże ręce Murray’owi jeśli chodzi o inne działania kadrowe. Ducks operują w ramach ustalonego budżetu, nie wydają do samej granicy salary cap, a wciąż trzeba sobie odpowiedzieć na kilka istotnych pytań odnośnie obsady niektórych pozycji i głębi samego składu.

Naczynia połączone

Dużo się mówiło, że letnim priorytetem dla GM-a Ducks jest pozyskanie grającego lewym uchwytem napastnika do top six, najlepszego jakiego się da znaleźć. Kogoś kto wydatnie wspomoże ofensywę. Do dnia dzisiejszego nikt taki w Anaheim się nie pojawił. Udało się za to sprowadzić weterana Antoine’a Vermette’a. Można więc było mniemać, że zwolniony z obowiązków środkowego trzeciej linii Rakell mógłby być tym graczem, który na stałe przeniesie się na skrzydło w top six. Gra co prawda prawym uchwytem, ale jest hokeistą uniwersalnym, umiejącym się dostosować. Co ważne grał już z powodzeniem u boku Ryana Getzlafa i Corey’a Perry’ego. Póki co nie ma go jednak z zespołem, a w liniach tworzy się już nie jedna, a dwie wyrwy, patrząc na pierwsze trzy formacje ataku, nawet jeśli jedno miejsce oddamy młodemu Nickowi Ritchie, który jest już gotowy, by zagrać cały porządny sezon.

Patrząc na skład Ducks wyraźnie widać, że siłą organizacji jest w tej chwili głębia na pozycji obronnej. Wliczając Lindholma i młodych graczy możemy się doliczyć nawet dziesięciu, którzy mogliby zagrać w premierowym meczu sezonu, nie licząc jeszcze innych mniej gotowych, a obiecujących na przyszłość prospektów ze Szwedem Jacobem Larssonem na czele. Aż prosi się użyć tego bogactwa i w jakiejś sensownej wymianie uzupełnić luki z przodu, o których wspomniałem, zwłaszcza, że na horyzoncie rozszerzenie ligi o zespół z Las Vegas, ale nie jest to takie proste. Kibice najchętniej wypchnęliby przepłaconego Claytona Stonera, ale w zamian trzeba by było wziąć równie zły kontrakt, albo dołożyć jakiegoś sensownego młodego gracza, a tego GM Ducks robić nie chce. Najlepszy do oddania wydaje się więc być, mający wciąż dwuletnią korzystną umowę, Cam Fowler, także z racji obecności gotowego na stałe obowiązki w NHL Shea Theodore’a. Zabawne, kiedy Fowler trafiał do Anaheim w pierwszej rundzie draftu 2010 Ducks mieli praktycznie zerową głębie składu na tej pozycji i zdawało się, że jego obsunięcie się w trakcie procesu naboru to prawdziwy dar od niebios. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło i rzeczywiście, jeśli oddawać któregoś z młodych obrońców, to jego i to z powodów ekspansji i z racji następnego kontraktu, na który Ducks raczej stać nie będzie. To musiało być mało komfortowe lato dla Cama, nic się jednak nie wydarzyło aż do dziś, ani w czasie draftu, ani w okolicach 1 lipca. Chętni na usługi znakomicie jeżdżącego na łyżwach 24-letniego obrońcy z ponad czterema setkami meczów doświadczenia na tym poziomie na pewno by się znaleźli, ale prawda jest taka, że dopóki Murray nie dogada się z Lindholmem i to najlepiej długoterminowo, nie może sobie pozwolić na oddanie Fowlera, który obrońcą w typie numeru jeden nie jest, ale może grać duże minuty w top 4. Dodatkowo sprawę może komplikować fakt, że do Anaheim wrócił coach Randy Carlyle, to pod jego wodzą sześć lat temu (jak ten czas szybko leci) Cam rozegrał swój najlepszy ofensywny sezon w karierze, w którym jako nieopierzony rookie strzelił 10 goli w tym i zwycięskie w dogrywkach. Czy teraz będzie chciał się z nim rozstać? Coraz bardziej prawdopodobne wydaje się, że Fowler rozpocznie sezon w barwach Ducks, ale w którymś momencie temat jego wymiany powróci, bo w defensywie Kaczek jest za ciasno i na przyszłość i dla aktualnego budżetu. Przed menedżerem Ducks sporo gimnastyki w tym temacie, bo czas nie działa na jego korzyść, menedżerowie innych klubów nie wyciągną do niego pomocnej ręki, widząc że jest pod ścianą.

Grać zgodnie z zasadami

Wróćmy jednak do samej opornej szwedzkiej dwójki. Jakie są ich plany, na co liczą? Aktualnie ich absencja jest usprawiedliwiona, gdyż biorą udział w Pucharze Świata w barwach reprezentacji Szwecji. Grają to za dużo powiedziane, Hampus pełni rolę dodatkowego obrońcy i na lodzie pokazał się tylko w jednym meczu sparingowym w Europie, z kolei Ricky wylądował w szpitalu z wirusem żołądka, jest już po zabiegu, ale to było i jest dla niego dziwne lato. Miał zastąpić Steena w szwedzkim składzie na zawody w Toronto, ale ostatecznie sam musiał być zastąpiony. Podobno aktualnie między jego obozem a Ducks nie toczą się żadne rozmowy, a plotki mówią, że w swoim składzie chętnie widziałby go Sibir Nowosybirsk, który ma do niego prawa w KHL. Nie chcę mi się wierzyć, żeby tam trafił, prawda jest taka, że młody Szwed niczego by nie zyskał na takiej przeprowadzce, ani pod kątem rozwoju sportowego, ani finansowo. Wszak dopiero ci do KHL przeniósł się Walerij Niczuszkin i od jednego z możniejszych klubów, czyli CSKA dostał ponoć niecałe 2 mln za sezon + bonusy, nie ma mowy, żeby Sibir dał mu więcej niż „Wojskowi” młodemu, wciąż bardzo obiecującemu Rosjaninowi. Rickard Rakell musi grać zgodnie z przyjętymi zasadami, jego przełomowy sezon z 20 bramkami i 43 punktami jest warty przejściowego kontraktu, nie wyższego od tego, co dostał za swój przełomowy sezon np. Tyler Toffoli w Los Angeles Kings (2 x 3.25 mln). Bob Murray musi być w tej sprawie nieugięty. Tak działa ten biznes, udowodnij swoją wartość, a potem dostaniesz więcej. Liczę na to, że Szwed pójdzie po rozum do głowy szybciej niż później, bo nie grając największą krzywdę robi sobie.

Inaczej ma się sytuacja z Lindholmem, mimo że rok młodszy, ale jednak grający na pozycji daleko ważniejszej. Hampus to szalenie ambitny, pracowity chłopak i największa nadzieja Ducks na wychowanie swojego własnego obrońcy numer jeden z prawdziwego zdarzenia, na którego czekają już ładnych parę lat. Mimo, że Szwed nie gra jakoś szczególnie twardo pod względem fizycznym i nie zdobywa nie wiadomo ilu punktów, jego hokejowe IQ i mobilność pozwalają mu prawie zawsze być na właściwej pozycji. Jego wartość dla Ducks widać choćby w zaawansowanych statystykach posiadania krążka. W Orange County nie mogą sobie pozwolić na jego stratę i myślę, że GM ekipy doskonale o tym wie. Świeżo po sezonie wspominał wprawdzie, że nie jest skłonny rozdawać długich kontraktów, ale w tym wypadku trzeba sięgnąć głębiej do kieszenie właścicieli i zaproponować ponad 5 mln rocznie. Nie widzę innej opcji, nawet jeśli w dalszej perspektywie oznacza to rozstanie się z Camem Fowlerem. Lindholm żartował niedawno, że jeśli nie będzie porozumienia zagra dla klubu ze swojego rodzimego miasta (3 poziom rozgrywkowy w Szwecji), ale rozmowy ponoć trwają i  w tym wypadku wydaje się, że jest szansa na szybkie porozumienie po zakończeniu Pucharu Świata. Młodzi obrońcy to generalnie nie lada orzech do zgryzienia dla ligowych menedżerów, przecież kontraktu nadal nie ma także Rasmus Ristolainen w Buffalo i Jacob Trouba (sąsiad Hampusa z tego samego draftu) w Winnipeg, który dopiero co poprosił nawet o transfer do innej drużyny.

Póki co…

Obóz przygotowawczy toczy się swoim rytmem. Ducks zaprosili na zasadzie umowy próbnej trzech weteranów. Niewidzianych ostatnio w NHL Seana Bergenheima i Davida Bootha, oraz Davida Jonesa. Nie zaszkodzi spróbować, może któryś z nich przekona do siebie Carlyle’a, zwłaszcza, że jak wspominałem miejsca w formacjach ataku do obsadzenia są. Nie zapominajmy też o młodych graczach, będących w organizacji. Jeśli miałbym wskazać kogoś, kto powinien realnie zawalczyć o miejsce w big club, wyróżniłbym dwa nazwiska napastników. Po pierwsze Stefan Noesen, który wreszcie ma za sobą koszmarne problemy z kontuzjami i kończył sezon w AHL w dobrym stylu. To w końcu były wybór w pierwszej rundzie draftu. Drugim, atakującym nieco z cienia, może być Szwed Nick Sorensen. Zawodnik z doświadczeniem w lidze szwedzkiej, dobry w forecheckingu, grający z zębem, momentami nawet nie przebierający w środkach. Myślę, że to typ napastnika, który powinien przypaść do gustu Carlyle’owi i prędzej czy później dostanie swoją szansę. Miejmy nadzieję, że na dniach uda się rozwiązać przynajmniej sytuację z Lindholmem, co wydatnie rozluźni związanie ręce menedżera Boba Murray’a i sprawi, że kibice Ducks będą mogli odetchnąć głębiej, czekając na pierwsze mecze przedsezonowe. Jeśli nie, zrobi się nerwowo.