Sanok, hokejforum, STS

Koniec ligowego sezonu hokejowego jest zwykle dobrą okazją do podsumowań, ale również do snucia planów na przyszłość. Na pożytecznym dla polskiego hokeja portalu HokejForum.pl ukazał się niedawno tekst zatytułowany („Reaktywacja STS Sanok. Czy zwycięży droga na skróty?”), który wprawdzie dotyczy konkretnego klubu hokejowego i jego ewentualnej strategii odbudowy, ale porusza też głębszy problem dotyczący tego, na jakich zasadach powinny funkcjonować kluby hokejowe, czy też sportowe w ogóle. Do kilku spostrzeżeń zawartych w tym tekście chciałbym się odnieść. Uważam bowiem, że zasadniczy tok myślenia w nim zawarty jest przejawem głębokiego niezrozumienia idei sportu zawodowego. Z racji zacofania sportowego i organizacyjnego niestety takie myślenie w sposób szczególny towarzyszy hokejowi w Polsce. Potwierdzeniem tego niech będą choćby przepisy regulujące sposób zorganizowania najwyższej klasy rozgrywkowej, które zakłócają naturalna konkurencję pomiędzy zawodnikami polskimi i zagranicznymi, a wszystko to w fałszywie rozumianym interesie polskiego hokeja. Ten typ argumentacji jest moim zdaniem zawarty, zapewne w dobrej wierze, w tekście o którym wspomniałem.

Gdzie jest miejsce wychowanków

Główna teza Autora tego tekstu wydaje się sprowadzać do stwierdzenia, że właściwą drogą budowania silnego klubu hokejowego jest oparcie się w wymiarze sportowym na wychowankach. Zdaniem Autora powodów tego stanu rzeczy może być kilka, przede wszystkim jednak są to względny finansowe (jak rozumiem, koszt utrzymania wychowanka w klubie jest mniejszy niż sprowadzonego zawodnika) i prestiżowe. Ponadto dodam od siebie, opierając się na obiegowych opiniach kibiców (często błędnych), że wychowankowie są bardziej lojalni wobec własnego klubu niż zawodnicy obcy, nie wspominając już o obcokrajowcach, jak również stają się oni wizytówką klubu, który ich wyszkolił, co ma świadczyć z kolei o jego sile. Wszystkie te argumenty mają swoją moc, warto brać je pod uwagę, ale wydają się być drugorzędne. Pierwszorzędnym czynnikiem decydującym o grze w danym klubie powinny być bowiem umiejętności sportowe, a nie takie czy inne pochodzenie klubowe. Każdy zawodnik przemierza podobną, jeśli nie taką samą drogę szkoleniową, dysponując różnym poziomem talentu i włożonej pracy, w efekcie czego mamy ukształtowanego zawodnika, który nadaje się do gry na najwyższym szczeblu rozgrywkowym lub nie. Jeśli nie, niech sam sobie odpowie dlaczego tak jest i nie liczy na życzliwych kibiców, którzy umożliwią mu grę „ponad stan”. Myślenie, które podziela Autor rzeczonego artykułu jest moim zdaniem nieuprawnione i szkodliwe dla każdego klubu sportowego i całego hokeja w Polsce. Dla jasności dodam, że każdy klub powinien mieć wkład w szkolenie młodzieży, bezpośredni lub pośredni, nie powinno to być jednak jego główne zadanie. Chyba, że taką wizję rozwoju przyjmie, czerpiąc później z tego sportowe i finansowe korzyści. Podobnie zresztą można przy tej okazji powiedzieć, że PHL nie jest miejscem do tzw. ogrywania się młodych zawodników. Nie róbmy histerii wokół szkolenia i gry młodych zawodników, nie wpychajmy ich do zawodowych klubów na siłę, po prostu ich szkolmy i stwórzmy im możliwości rozwoju, a na pewno wynikną z tego pozytywne skutki.

Opisany tu stan rzeczy jest tym do którego powinniśmy dążyć w hokeju. To znaczy młodych zawodników powinny szkolić kluby ekstraligowe, I ligowe, II ligowe, ale również stowarzyszenia. Struktura szkolenia powinna mieć kształt piramidy u podstaw której leży szkolenie młodzieży. Na jej szczycie powinny zaś być kluby PHL, które z tego szkolenia korzystają, same mogąc w nim uczestniczyć. Oczywiście dziś istnieje duża presja na kluby hokejowe, aby szkoliły młodzież, ale należy mieć świadomość, że to wynika raczej z niedorozwoju hokeja w Polsce i małej liczby klubów gdzie uprawia się tę dyscyplinę, niż jest to normalne zjawisko. W związku z tym uważam, że o ile szkolenie młodzieży póki co w jakimś stopniu może pozostawać w gestii klubów zawodowych, to wciskanie im na siłę własnych wychowanków, bez odpowiednich umiejętności jest nieporozumieniem, które prowadzi do dalszego obniżania poziomu sportowego. Każdy hokeista powinien grać na poziomie rozgrywek adekwatnym do jego umiejętności.

Ponadto, w kontekście rozważań na temat wychowanków, Autor w sposób nieuprawniony przyjmuje założenie, że każdy wychowanek będzie chciał grać w swoim macierzystym klubie. Załóżmy, że będzie szczególnie utalentowany, a jego klub niezbyt zamożny, co wówczas? Tu sprawa jest prosta, zawodnik wybiera klub, w którym mu lepiej zapłacą za pracę, i to jest zachowanie racjonalne. Lamenty na brak lojalności z jego strony, czy podważanie tradycji, będą wówczas nie na miejscu. Kiedy weźmiemy to pod uwagę w kontekście planu jaki szkicuje Autor tekstu względem klubu STS Sanok, należy się spodziewać, że najlepszym rozwiązaniem będzie szkolenie średniej klasy zawodników, bo tacy gwarantują, że nie nadszarpną klubowego budżetu. Tym samym spełni się marzenie Autora, będzie tanio, domek nie będzie z kart i nie runie, a drużyna grając wychowankami wzbogaci tradycję klubu. Otóż nie, nie tędy droga, poziom sportowy nie gwarantują wychowankowie, tylko odpowiedni budżet. Dobrze jeśli klub ma świetnych wychowanków, ale im też trzeba wówczas świetnie zapłacić, czyli w dalszym ciągu potrzebujemy wysokiego budżetu, albo pożegnamy się z najlepszymi wychowankami (patrz Podhale). Zatem kluczem do sukcesu i stabilności są pieniądze, a nie wychowankowie, choć dobrze jeśli tych wychowanków się ma. W obecnej sytuacji kadrowej klubu z Sanoka, mając na uwadze realną jakość jego wychowanków, można powiedzieć, że I liga to maksimum możliwości sportowych. Żeby być w zgodzie z tym co pisze Autor rzeczonego tekstu, należałoby odłożyć grę na najwyższym poziomie rozgrywkowym w bliżej nieokreśloną przyszłość i cierpliwie czekać, aż za 5, 10, 15 lat doczekamy się wychowanków gwarantujących ekstraligowy byt. Jest to w pewnym sensie strata czasu.

Tradycja, moralność i finanse

Rozpocząłem od roli wychowanków w budowaniu klubu sportowego, bo wydaje się to być najistotniejsza kwestia w kontekście kluczowego pytania jakie stawia Autor wspomnianego artykułu, czyli gdzie powinien w przyszłym sezonie grać zespół STS Sanok? Jak mówi,

„jeśli chcemy uchodzić za szanujący się klub z tradycjami, to powinniśmy przyjąć z pokorą to gdzie jest nasze miejsce, a jest ono obecnie w I lidze. Nie koncentrując już się tylko na kwestiach moralnych, posłużmy się podstawowym rachunkiem ekonomicznym”.

Chciałoby się powiedzieć, że miejsce każdego klubu jest tam, gdzie sięga jego budżet, ale po kolei. Cytowane zdanie podnosi trzy zasadnicze kwestie: tradycję klubową, moralność i finanse. Przyjrzyjmy się  im z bliska zaczynając od tradycji. Przyznam, że cytowane zdanie jest dla mnie dosyć zastanawiające, ponieważ zdradza raczej przywiązanie Autora tekstu do obiegowych opinii zaczerpniętych z wpisów zamieszczanych na niektórych hokejowych forach, a nie przedstawia poważnych argumentów na rzecz takiego właśnie stanowiska. Gdyby podążać za logiką Autora to należałoby dodać, że tradycją klubu z Sanoka jest przede wszystkim gra w pierwszej lidze i tam powinien tkwić po wsze czasy. Natomiast tradycja takich klubów jak Podhale czy Legia Warszawa upoważnia je, bez żadnych warunków dodatkowych, do wieczystego uczestnictwa w najwyższej klasie rozgrywkowej, wszak mają na koncie najwięcej tytułów mistrzowskich. Natomiast Cracovia może do tego grona dołączyć dopiero za kilka lat pod warunkiem zdobycia jeszcze kilku tytułów mistrza Polski. Jest ona wprawdzie w tej klasyfikacji na trzecim miejscu, ale przerwa w zdobywaniu tytułów pomiędzy 1949 rokiem a 2006 była zbyt długa, żeby dać jej prawo dożywotniego i bezwarunkowego grania w najwyższej klasie rozgrywkowej. Idąc tokiem rozumowania zaproponowanym we wspomnianym tekście do takich właśnie wniosków możemy dojść. Nie trudno przyznać, że nie są one racjonalne, a raczej absurdalne.

Tradycja klubu jest dla kibica święta, ale powinna być motorem postępu, a nie przysłowiowym „kijem w szprychy”. Jeśli dobrze odczytuję intencję Autora, to według mnie, tak rozumiana tradycja jest raczej powodem tego, że na jednych lodowiskach kibice gości mogą prowadzić doping, a na innych muszą się ukrywać ze swoimi sympatiami klubowymi, często bywa, że również przed ochroną obiektu. Jest to zatem archaiczne rozumienie tradycji i jej roli w rozwoju klubu sportowego, bliskie tak zwanym kibolom, a nie kibicom. Tradycja ma rozwijać klub, a nie go ograniczać, sama też musi być rozwijana, aby nie zniknąć. Dla jasności dodam, że nie posądzam Autora tekstu o bycie „kibolem”, ani nie odmawiam mu dobrych intencji, po prostu staram się pokazać do czego prowadzi absurdalnie pojmowana, nawet w najlepszej wierze, tradycja kibicowska i klubowa.

W wypowiedzi Kolegi pojawia się też argument odwołujący się do moralności. Jak rozumiem moralne będzie to, że STS Sanok w przyszłym sezonie wystąpi na taflach pierwszej ligi, niemoralne zaś będą starania o grę w ekstralidze. Przyznam, że z tym argumentem trudno polemizować. Swoją wypowiedź mogę jedynie oprzeć na domysłach. Czyżby niemoralne było korzystanie z oficjalnej drogi starań o grę w PHL polegającej na wykupie licencji? Wszak liczne jest grono klubów, także obecnie grających w tych rozgrywkach, które z tego rozwiązania korzystały. Czy też niemoralne są działania obecnych władz STS-u, które czynią starania o to, aby zgromadzić środki uprawniające do gry w PHL? A może niemoralne jest to, że jeśli klub zagra w najwyższej klasie rozgrywkowej, to znów zabraknie miejsca w składzie dla części wychowanków? Innymi słowy grać będą ci o lepszych umiejętnościach sportowych, a nie ci słabsi (powtórzę, PHL to nie miejsce na ogrywanie młodych zawodników, ale to temat na osobny artykuł). Jak widać ten sposób argumentacji również może prowadzić do dosyć paradoksalnych wniosków. W tym przypadku także dostrzegam pewną uległość Kolegi wobec lansowanych tu i ówdzie, przez mało reprezentatywną grupę kibiców (kiboli?), poglądów wedle których są kluby które mają prawo grać w PHL i takie, które nie mają tego prawa, są kibice klubów którzy mogą publicznie zabierać głos i tacy, którym tego nie wolno, są kluby które mogą wykupić dziką kartę, i takie które nie powinny tego robić, wreszcie jedne drużyny mają prawo istnieć inne nie powinny, bo obrażają mało wyrafinowane poczucie estetyki tejże grupki „znawców”. Zdaje się, że Autor tekstu uległ „czarowi” tej narracji.

Jak widzimy, tego rodzaju argumenty nie zasługują na poważny namysł. Są mało przekonujące i jak sądzę, w szerszej perspektywie, tylko utrudniają rozwój hokeja w Polsce. Każdy klub, który dysponuje odpowiednimi środkami, ma prawo realizować swoje ambicje, oczywiście postępując zgodnie z prawem. Nie rozumiem zatem dlaczego Autor odmawia tego prawa swojemu klubowi i jego działaczom. Będą większe pieniądze będzie ekstraliga, przy mniejszym budżecie klub zagra w I lidze. Nie widzę powodów, żeby na starcie pozbawiać się szans i ambicji.

Przejdźmy do finansów, bo tu argumenty Autora są poważniejsze i godne uwagi. W ich kontekście poddaje on w wątpliwość to, czy klub z Sanoka będzie w stanie organizacyjnie i finansowo podołać grze w PHL, i jak mówi, „czy naprawdę warto ponosić ogromne koszty dla krótkotrwałej przygody?” Ja bym zapytał raczej, czy to muszą być ogromne koszty i czy ta przygoda musi być krótkotrwała? Wprawdzie, nie wiem co Autor ma na myśli mówiąc o krótkotrwałej przygodzie, ale wydaje się, że chodzi tu o grę o najwyższe cele, która z reguły jest krótkotrwałą przygodą, natomiast gry w PHL już tak bym nie nazwał, raczej określiłbym ją jako codzienność. I to powinno być celem organizatorów odrodzonego STS-u, punktem wyjścia do dalszego rozwoju. Gra w ekstralidze, ale niekoniecznie od razu o najwyższe lokaty. To na pewno jest w ich zasięgu. Zatem właściwsze jest dziś pytanie o to czy STS powinien sytuować się w czołówce ligi, czy też po prostu w niej wystartować? Na pewno nie powinno się stawiać pytania o to czy lepiej zacząć od I ligi czy od poziomu wyższego. Tu odpowiedź jest jednoznaczna. Lepiej być w gronie silniejszych niż słabszych. Przemawiają za tym nie tylko większe możliwości pozyskania sponsorów i kibiców, ale również silniejsze oddziaływanie i zachęta do pracy wobec młodych zawodników oraz perspektywa reorganizacji ligi, jej zmniejszenia. Sanok powinien być już w gronie najlepszych kiedy ten proces się rozpocznie, a nie pukać do drzwi po fakcie, bo mogą się one nie otworzyć.

Na dobrą sprawę wszystkie argumenty, które wyartykułował Autor wspomnianego artykułu, a które tu powtórzyłem, można odnieść do większości klubów w Polsce. Wobec nich też daje się wysnuć wątpliwości podzielane przez Kolegę. Przyjrzyjmy się na przykład z ich perspektywy tegorocznym finalistom PHL. Czy Kraków ma wychowanków? Czy z powodu ich braku jego właściciele i działacze zastanawiają się czy są godni tego, aby grać w PHL? Czy Tychy to nie domek z trochę lepszych kart, ufundowanych za publiczne pieniądze, który może runąć w wyniku zmian politycznych, a co za tym idzie, braku finansowania z miejskiej kasy? Czy Podhale mające tylu wychowanków nie ściąga obcokrajowców? A może powinno się wstydzić tego, że ma ich w swoich szeregach, bo to przecież wbrew ich tradycji? Odpowiedź na te pytania zna każdy kibic hokeja w Polsce. Dodam, że w tych klubach dawno zrozumiano, że tu chodzi o pieniądze i sukces. One są impulsami dla rozwoju. Te elementy się wzajemnie napędzają. To było też motorem napędowym przez ostatnie 4-5 lat sanockiego hokeja. Gdyby nie to odpowiedzmy sobie na pytanie, o ile skromniejsza byłaby tradycja klubu z Sanoka. Oczywiście nie znaczy to, że w ostatnich latach nie popełniano błędów, chyba każdy kibic STS-u może je wskazać. Ale nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Ważne też, żeby mieć ambicje i one wówczas były, a omawiany tu artykuł raczej wzywa do braku ambicji, swoistej dezercji i pogodzenia się z losem. Warto pamiętać, że los jest zawsze w naszych rękach.

Warto być ambitnym

Dlatego, jak sądzę, powinno się pozwolić działać obecnym sternikom klubu z Sanoka i wspierać te działania. Choćby poprzez możliwość dyskusji, takiej jak w moim i Kolegi przypadku. Jaki będzie efekt ich zabiegów zobaczymy. Jeśli się uda być w gronie najlepszych to świetnie, nie ma się co tego bać, tylko robić wszystko, aby finansowy fundament był jak najsolidniejszy. Jeśli będzie to I liga, to trudno, ważne jest jednak żeby mieć ambicje. W tym miejscu zgadzam się z Autorem, że struktura budżetu klubu powinna być zróżnicowana. Powinno się dążyć do tego, aby mniejsi sponsorzy gwarantowali start w lidze, a ci więksi umożliwiali ewentualną walkę o wyższe cele. Także kibice mogą mieć w tym swój udział, a klub powinien im to umożliwić. Choćby poprzez coraz bardziej popularną w profesjonalnych klubach sportowych formę wsparcia, polegającą na edycji kart zakupowych/bonusowych przekazywanych kibicom (klientom) i podpisywaniu umów z większymi i drobnymi sklepami oraz usługodawcami, którzy minimalny procent ze sprzedaży za pośrednictwem kart, przekazują na konto klubu. Warto też pomyśleć o indywidualnych sponsorach, którzy widnieją przy zdjęciach zawodników na stronie klubowej. To tylko przykłady, zapewne rozważane przez władze klubu. Nie chcę tu pełnić roli „wuja dobrej rady”, dodam tylko, że warto dbać o tradycję i mieć ambicję, to prowadzi do sukcesu. Bez ambicji zostaje tylko tradycja, która nadaje się do muzeum.

Na zakończenie dodam jeszcze, że w pełni zgadzam się z Autorem artykułu, kiedy wzywa do niewykorzystywania klubu do rozgrywek politycznych. Póki co jest ta polityka, niestety, aż nadto widoczna. Raczej proponowałbym politykom, jeśli mają ambicję, tak jak ma ją klub, jego władze i kibice, żeby pomogli klubowi pozyskując dla niego sponsorów. Niech potraktują wówczas swoje działania jako aktywność na rzecz dobra wspólnego, a nie interesu politycznego. Na pewno nie będzie im to zapomniane.

Wszystkim wspierającym myślą, dyskusją i czynem
odbudowę STS Sanok życzę powodzenia!